piątek, 10 stycznia 2020

PROLOG


#FallenHeroesPL na twitterze


     Zamieszanie, spowodowane przez tłum ludzi i dziennikarzy na jednej z ulic w bogatszej części Paryża, robiło się coraz większe. Wcale nie tak ciche szepty paryżan czy odgłosy syren potrafiły w pełni zagłuszyć komentujących to wszystko dziennikarzy i policji, która starała się zapanować nad tym całym wydarzeniem. Ich prośby nie przynosiły skutku, ostrzeżenia również nic nie robiły na zmieszanych mieszkańcach miasta. Większość ludzi miała wyjęte swoje telefony i starała się cokolwiek nagrać albo chociaż zrobić zdjęcie... nawet nie wiedzieli czego. Źródło zbiorowiska pozostawało dla większości niewiadome. Stawali na palcach, wychylali głowy, aby dojrzeć choć kawałek przyczyny zamieszania. Ludzie wychodzili na balkony, wyglądali przez okna ale nie mieli pojęcia na co patrzeć. Nawet tak cudowna perspektywa z widokiem na ulice Paryża, które teraz przypominały bardziej pobojowisko niż urokliwe miasto zakochanych, nie pomagała. Zniszczenia były ogromne i zdawały się być świeże, jakby odgłosów walki nie było słychać całą noc. Piękną noc przesilenia wiosennego, która zamieniła się w piekło na ziemi paryskiej.
     Wszyscy dziennikarze podawali dostępne im informacje na temat zniszczeń na ulicach Paryża, strat w cywilach, a także o ogromnym zamieszaniu spowodowanym zbiorowiskiem ludzi. Zdawało się jednak, że każda stacja miała innego informatora, co było słychać w przekazywanych informacjach. Według jednej dziennikarki to bomba spadła prosto na luksusowe wille, ktoś inny mówił natomiast o ogromnym sabotażu, który wywołał ogień w bogatych posiadłościach.
     Mimo wszystko jedna wersja powielała się wielokrotnie.
     Kolejny wybuch zmusił wszystkich do pochylania się i zasłonienia głów. Dziennikarze przestali mówić do kamer, policja odwróciła się w kierunku źródła dźwięku, ludzie powoli podnosili się do pozycji stojącej z telefonami w dłoniach, skierowanych w stronę, gdzie tak naprawdę każdy się patrzył. Ziemia jeszcze raz niebezpiecznie zadrżała i jedynymi dźwiękami docierającymi do uszu ludzi było upadanie ogromnych kawałków gruzu na ziemię oraz drogę. Nikt nie odważył się odezwać do czasu wylecenia chmary białych motyli z gruzów jednego z budynków. Ten widok spowodował wiele pytań oraz sprawił, że wiele osób cicho westchnęło uznając motyle za przejaw czegoś pięknego pośród zgliszczy miasta.
     Dopiero po chwili ktoś z policji wreszcie podniósł magnetofon i wydał rozkaz o cofnięciu się jak najdalej od zburzonej rezydencji. Ludzie znowu zaczęli rozmawiać, próbując dowiedzieć się, czy ich przypuszczenia są prawdziwe, czy może za bardzo pozwolili się ponieść fantazji.
     Można było usłyszeć szum kamer, zobaczyć flesze aparatów oraz światła policyjnych radiowozów. Nad gruzami unosił się dym tynku, po jednej stronie hałas i zamieszanie, a po drugiej śmiertelna cisza, która trwała naprawdę długo, przyprawiając wszystkich o mnóstwo czarnych scenariuszy.
     W najmniej spodziewanym momencie rozległ się świst i można było zobaczyć przebłysk czerwonego światła wśród unoszącego się pyłu. Chwilę później rozbłysło zielone światło, a kurz zaczął się przerzedzać pod wpływem podmuchów powietrza. Policja jako pierwsza zauważyła źródło rozdmuchiwania pyłu i od razu przygotowano się do pozycji bojowej. Później wszystko runęło jak domino. Dziennikarze dostrzegający nowy temat do prowadzenia transmisji dla swojej stacji stanęli w pozycji wyjściowej, będąc gotowym wznowić program, ludność cywilna również to dostrzegła, a część nakierowywała aparaty swoich telefonów na coraz mniej widoczną mgłę gruzu, w której zaczynały się pojawiać kontury postaci i ich cienie.
     Poruszenie powiększyło się, gdy dwójka sprawców zamieszania wyrzuciła przed siebie mężczyznę, który po zderzeniu z ziemią opadł na plecy i zaczął pluć krwią na chodnik obok siebie. Z mgły jako pierwsza wyszła kobieta, która kręciła swoim jojem w pozycji obronnej. Jej czerwony lateksowy kostium w czarne groszki nie błyszczał tak jak zawsze, był pobrudzony tynkiem, krwią ale nie rozerwany w najmniejszym stopniu. Sekundę po tym wszyscy byli w stanie dojrzeć mężczyznę w czarnym kostiumie i wydłużonym metalowym kijem. On wcale nie wyglądał lepiej od swojej towarzyszki. W jego blond włosach można było dojrzeć większe kawałki gruzu, ale także i szkła. Ich ruchy bardzo się różniły od siebie. O ile Biedronka była zdystansowana oraz zimna, w każdym momencie gotowa zaatakować, Czarny Kot atakował, wyprzedzając kobietę, aby doskoczyć do podnoszącego się z ziemi starszego od nich mężczyznę. Kot nie czekał ani chwili i ponownie uderzył antagonistę w twarz, a następnie kopnął prosto w brzuch. Nie przejmował się kondycją przeciwnika, ważniejsze było dla niego pozbawienie go przytomności. Dlatego nie czekał ani chwili, by podjąć się natarcia na nowo. Już wcześniej słyszał jak jego prawa gostka wręcz gruchnęła podczas upadku wcześniej, więc nie czuł poczucia winy, gdy na niej stanął w momencie, kiedy mężczyzna próbował się czołgać. Jeszcze pewniej złapał go za stopę, ciągnąć do siebie. Z niebywałą lekkością rzucił Władcą Ciem o pozostałości jakiejś ściany. Zamaskowany mężczyzna upadł z krzykiem, ale nie zdawał się jeszcze poddawać. Wyciągając ramię do góry, starał się je utrzymać jak najdłużej dopóki nie poczuł przez chwilę znajomego chłodu metalu w dłoni. Jednakże chwilę później drobna ochłoda zniknęła spomiędzy jego skostniałych palców. Zbierając w sobie pozostałe namiastki siły, podniósł głowę i spojrzał w górę. Słońce idealnie oświetlało postać Czarnego Kota, który trzymał w dłoni fioletową laskę z motywem Ćmy. Przyglądał jej się przez chwilę, aby później wyrzucić ją w bok. Władcy Ciem zdawało się, że usłyszał kocie warknięcie zanim młody do niego ponownie podszedł. Nie zdążył nad tym dłużej pomyśleć, czując jak kij Kota uderzył go bez krzty delikatności w obity policzek, a głowa samoistnie opadła na podłoże wyłożone ostrymi kawałkami cegieł. Czarny Kot jednak jeszcze nie skończył. Złapał antagonistę za kark i pociągnął z całej siły do góry. Wbrew pozorom, Władca Ciem miał jeszcze nieco energii, ponieważ zdołał się utrzymać w pozycji, jakiej postawił go Kot. Przez chwilę trzymał jeszcze jego szyję od tyłu, a puszczając ją, przewrócił oczami, gdy mężczyzna zachwiał się na kolanach.
     Biedronka natomiast nie reagowała tylko się przyglądała poczynaniom towarzysza. Znali swoje ruchy i anatomię walki, nie miała potrzeby się martwić o niewłaściwe ruchy.
     Mimo wszystko dołączyła do Czarnego Kota, który chował swoją broń za plecy. Ona również odłożyła dwoje jojo na biodro tam, gdzie jego miejsce. Osoby stojące w pierwszych rzędach tłumu oraz kilku dziennikarzy starało się dojrzeć twarzy kobiety i mężczyzny w lateksowych strojach, ale było to ciężkie ze względu na perspektywę. Jednakże nie tracili dużo. Ekspresje twarzy Biedronki oraz Czarnego Kota nie wyrażały żadnych emocji. Były puste tak jak oni sami. W ich głowach była tylko myśl o przetrwaniu i dorwaniu słynnego Władcy Ciem. Skupiali się na swoim celu i dążyli do niego po trupach.
     Dosłownie.
     Ciche chrupnięcie rozległo się, gdy Czarny Kot po raz kolejny kopnął wroga w szczękę. Mężczyzna zakrztusił się krwią ale cudem nie opadł znowu na plecy. Nadal znajdował się na klęczkach z tą różnicą, że teraz podniósł głowę, posyłając swoim oprawcom pogardliwe spojrzenie. Ten gest wprowadził Biedronkę w jeszcze większą furię i to ona tym razem zadała kolejny cios. Jej stopa spotkała się z nosem oraz czołem Władcy Ciem. Starszy mężczyzna przez silny atak kobiety wylądował kilka metrów dalej na plecach. Tym razem jednak jego usta opuścił jęk, gdy dotknął swojego nosa, z którego leciała krew; swojej szczęki, która niebezpiecznie się poruszyła pod delikatnym dotykiem. Nie chciał już nawet sprawdzać kolejnych zadrapań i rozcięć. Nawet nie próbował sięgnąć do kostki, która promieniowa bólem. Jego stan był opłakany ale pocieszał go fakt, że Biedronka i Czarny Kot wcale nie wyglądają dobrze. Prezentowali się nieco lepiej, ale też mieli kilka ran, między innymi na twarzy.
     Zakaszlał krwią i opadł bezsilnie na plecy, przymykając oczy. Jednak na jego twarzy nadal się błąkał pogardliwy uśmiech, którego nie sposób było się pozbyć. Wiedział, że to tylko wprowadzało tamtą dwójkę w złość, ale mimo swojego stanu napawał się faktem, iż to on jest przyczyną tych emocji.
     Leżał tak na trawie brudnej od gruzu w dziwnej pozycji, z wykręconą kostką, prawdopodobnie złamanymi żebrami, zakrwawioną twarzą oraz kostiumem i czekał na dalszy rozwój sytuacji. Nie miał siły się podnosić. Poddał się nie tylko przed całym miastem, ale też przed sobą. Jednak nie wypowiedział tego na głos, a jedynie uchylił powieki, patrząc na stojących nad nim Biedronkę i Kota.
     Symbol tworzenia i niszczenia. Symbol szczęścia i pecha. Symbol jego porażki.
     Postać w czarnym lateksie się nad nim pochyliła, a on uważnie ją obserwował. Nie robił nic innego. Po prostu patrzył mu w oczy. Patrzył w oczy swojemu oprawcy, gdy ten boleśnie przycisnął swoją dłoń do jego klatki piersiowej i bez krzty delikatności zerwał broszkę w kształcie motyla. Władca Ciem z bólu zaczerpnął gwałtownie powietrza w momencie, gdy z jego ciała zniknął kostium, a jego tożsamość została ujawniona już wszystkim. Zacisnął żałośnie oczy, ponieważ teraz cały ból był lepiej odczuwany i był pewien, że uszkodzeń w jego ciele było więcej niż do tej pory zdążył zarejestrować.
     Dwójka młodych dorosłych jednak nic nie zrobiła sobie z cierpienia swojego antagonisty. Po tylu latach udało im się wreszcie osiągnąć cel i to na tym skupiali myśl. Czarny Kot z niebywałą siłą zaciskał dłoń na zerwanej przed chwilą broszce i przyglądał się twarzy swojego wroga. Teraz dokładnie widział jak obcy dla niego był ten człowiek.
     — To Gabriel Agreste! — krzyknął ktoś z tłumu, wreszcie rozpoznając zmasakrowaną twarz.
     Znowu zapanowało poruszenie wśród ludzi. Zaczęli powrzaskiwać, dziennikarze starali się jakkolwiek przekrzyczeć zbiorowisko, co było nie lada wyzwaniem. Wrócili do nadawania na żywo. Każdy był nerwowy, ale część też odetchnęła z ulgą, mając nadzieję, że to już koniec tego wszystkiego. Może w mieście wreszcie zapanuje upragniony spokój?
     Biedronka nie pokazując żadnych emocji spojrzała w tłum, ale szybko wróciła wzrokiem do Gabriela. Wiedziała, że na tym ich praca się kończyła, więc złapała ramię swojego partnera i pociągnęła go w bok, w momencie, gdy do ciała znanego projektanta podbiegła służba medyczna i dwójka policjantów. Słyszała jak niektórzy naprzemiennie wykrzykiwali jej pseudonim z imieniem cywilnym, ale nie zamierzała się odwrócić tak samo jak Kot, który parł na przód.
     Zatrzymał się gwałtownie obok kawałku fundamentu, z którego coś zostało i odwrócił się twarzą do towarzyszki. Jego kocie uszy poruszyły się, gdy kobieta zaczęła się dokładnie przyglądać jego twarzy, kiedy on tylko patrzył jej w oczy. Biedronka podeszła bliżej i delikatnie złapała kawałek szkła, znajdującego się na skroni Kota. On nic nie czuł. Ani tej jednej ranki ani wielu innych, które miał na twarzy. Jej niebieskie oczy go uspokajały. Kojarzyły mu się z oceanem, a teraz coś takiego było mu potrzebne. Bo o ile furia z nich zeszła, to w nim zostało dużo nienawiści do Gabriela Agreste'a. Okropnie wijącej się w nim pogarda do własnego ojca, który przez tyle lat terroryzował miasto i swojego jedynego syna. Nawet wiedza, że to jego dziecko jest posiadaczem pierścienia zniszczenia nic nie dała, aby Gabriel zrezygnował ze swojego planu. Wydawać się mogło, że potraktował syna jeszcze ozięblej niż zawsze.
     I tak naprawdę nie tylko do niego. Żywił odrazę do siebie i Biedronki za to co zrobili.
     — Przez te wszystkie lata... — zaczęła cicho kobieta.
     — Sukinsyn — Czarny Kot wszedł jej w słowo, warcząc wręcz.
     Ona skrzyżowała ramiona na piersiach, a on oparł się ramieniem o resztki ściany obok. Nie patrzyli na siebie a na wszystko dookoła, na zniszczenia dokonane Kotaklizmem, walkami z ofiarami byłego już Władcy Ciem i brak powrotu do względnej normalności przez nie użycie mocy Biedronki. Nie miała jak jej użyć. Przynajmniej nie teraz. Było to niebezpieczne patrząc na ilość ludzi przy zniszczeniach. Kiedy to było najbardziej potrzebne, ona zawiodła.
     — Powinniśmy stąd iść — powiedziała Biedronka i spojrzała Kotu w oczy. — Powinniśmy stąd spieprzać najdalej jak się da ale stoimy tutaj, na ruinie rezydencji naszego wieloletniego wroga, gdy jego ciało jest wynoszone na noszach. — Splotła swoje dłonie na karku, odchylając głowę do tyłu. — Co my, kurwa, robimy? — Na jej twarzy zamajaczył, niepokojący dla osoby trzeciej, uśmiech.
    — Udajemy, że wiemy wszystko i jesteśmy panami wszystkiego, gdy tak naprawdę nie wiemy i nie mamy nic, Marinette — odpowiedział pusto.
    Kobieta prychnęła bez krzty rozbawienia i opuściła ręce.
     — Adrien, to twój ojciec tak wiele razy próbował nas-
     — Wiem do cholery jasnej! — warknął. Podniósł dłoń z broszką do góry. — Niszczył wszystko i wszystkich dla władzy absolutnej ale doprowadził do czegoś gorszego.
     — Zniszczył wiele osób, dążąc do swojej fantazji — dokończyła za niego, doskonale wiedząc co ma na myśli. Przytaknął jej i zamknął oczy, opuszczając dłoń. — Chorej fantazji, która nie dotknie już nikogo. — Podeszła bliżej, łapiąc jego twarz w swoje dłonie. — To koniec — dodała ciszej, gdy Adrien opuścił głowę.
     — Ciebie znajdą po tym wszystkim — powiedział, nie zmieniając pozycji.
     — Kiedyś to musia-
     — Znajdą tylko ciebie, bo znają twoją tożsamość. Ja nadal jestem tylko Czarnym Kotem — prychnął na swój pseudonim.
     Nic więcej już nie mówili, stojąc wśród gruzów w ciszy. Nie docierały do nich dźwięki z zewnątrz. Marinette kładąc głowę na piersi chłopaka, wsłuchiwała się w bicie jego serca. Adrien natomiast jednym ramieniem delikatnie ją obejmował a w dłoni obracał białą broszkę, dokładnie jej się przyglądając. Nieważne jak dużo siły by użył, biżuteria nawet by nie pękła. Wiedział, że tylko jego moc jest w stanie jej coś zrobić, bo przekonał się o tym już raz.
     Emocje z nich powoli opadały, a dźwięki z otoczenia zaczęły wreszcie do nich docierać. Wycia syren policyjnych, karetek i straży pożarnej mieszały się z krzykami wzburzonego tłumu. Dało się też usłyszeć dwa helikoptery latające nad miejscem zdarzenia. O ile do Marinette docierały ogólniki to Adrien słyszał dużo wyraźniej. Między innymi pierwszy wybudził się z letargu, gdy podeszło do nich trzech policjantów. Kot przyjrzał im się dokładniej i nie sposób było przeoczyć faktu, że cała trójka trzymała dłonie na swoich schowanych broniach. Pogardliwy uśmiech wkradł mu się na twarz i dopiero potem spojrzał w oczy władzy wysuniętego najbardziej w ich stronę. Czarny Kot zaciekawiony przechylił głowę w lewo i puścił Biedronkę, która przybrała obojętny wyraz twarzy.
     — Mer de Gaulle chce was widzieć — odezwał się spokojnie policjant, a po chwili się skrzywił. — Teraz.
     Młodzi zerknęli po sobie, a następnie wyminęli trójkę mężczyzn, kierując się do prezydenta miasta, który cały czas im się przyglądał. Mężczyzna miał zdecydowanie inną prezencję i styl rządzenia niż swój poprzednik, Mer Bourgois. Budził inne uczucia, ale na Biedronce i czarnym Kocie nie robiło to wrażenia. Byli puści, nie czuli niczego, gdy dobrowolnie wyłączali emocje.
     Byli kilkanaście metrów przed de Gaulle, a Adrien ledwo zdążył zareagować na wypowiedziany przed chwilą rozkaz prezydenta.
     — Aresztować ich.